Hel jesienią, a dokładniej — Hel w październiku — ma coś w sobie z końca świata. I to dosłownie – kiedy patrzysz na mapę i widzisz, jak ta wąska nitka lądu wcina się w morze, masz wrażenie, że dalej już tylko wiatr, fale i… spokój. Właśnie dlatego postanowiliśmy spędzić tam październikowy weekend.
Wyjechaliśmy spod Torunia w sobotę około 11:00. Droga była szybka i przyjemna – autostrada A1, potem Puck, Władysławowo, i dalej już tylko wąski pas Półwyspu Helskiego. Patrząc na Google Maps, śmialiśmy się, że jedziemy „po nitce” między dwoma morzami. Po lewej Bałtyk, po prawej Zatoka Pucka – niesamowite uczucie.
Około 15:00 byliśmy już zameldowani w apartamencie na Helu niedaleko ul. Wiejskiej – głównej ulicy tego miasta.
Jak wyglądała pogoda na Helu w październiku? Jak jesień to serio…całkiem bajka – słońce, błękitne niebo i 14°C.
Wiatr trochę psocił, ale za to światło było takie, że każdy liść wyglądał jak z pocztówki. Polska złota jesień w pełnej krasie.
Hel ma w najwęższym miejscu około 170 m szerokości – to naprawdę wąska nitka lądu między Bałtykiem a Zatoką!
Pierwsze wrażenia z Helu – złota jesień, pustki i grzaniec w Kuttrze


Po szybkim rozpakowaniu ruszyliśmy na spacer i oczywiście – na coś do jedzenia. Trafiliśmy do restauracji Kuter, która natychmiast zdobyła nasze serca. Klimatyczne wnętrze, ciepło kominka i zapach domowego rosołu. Zamówiliśmy rosół z makaronem, deskę mięs dla dwojga i grzańca na rozgrzanie. Proste rzeczy, ale w tym klimacie smakowały jak uczta. Traficie na tę restaurację w tym miejscu i serio polecamy.
Po obiedzie wyszliśmy na spacer po bulwarze i stwierdziliśmy, że szkoda marnować popołudnia – Hel najlepiej zwiedzać na rowerze – zwłaszcza gdy dzień kończy się koło godziny 18:00. Tuż przy głównej ulicy znaleźliśmy wypożyczalnię rowerów elektrycznych – 15 zł za godzinę. Po wypisaniu paru formalności siedzieliśmy już na rowerze i jechaliśmy w kierunku „końca polski” 🙂
Hel rowerem – lasy, bunkry i latarnia
To był strzał w dziesiątkę. Na rowerach mogliśmy zobaczyć to, czego pieszo byśmy nie zdążyli. Przejechaliśmy obok latarni morskiej na Helu, a potem skręciliśmy w kolejne, kręte, leśne ścieżki. Jesienne słońce przemykało między drzewami, a zapach sosnowego lasu mieszał się z morskim powietrzem. Ścieżki prowadziły przez tereny z pozostałościami dawnych bunkrów i okopów. Ciche, trochę tajemnicze miejsca – idealne na chwilę zadumy. Elektryczne rowery dawały frajdę – nie trzeba było się forsować, można było po prostu jechać i chłonąć wszystko wokół. Dodatkowo mogliśmy bardzo szybko objechać wszystkie najważniejsze miejsca.
Po godzinie jazdy wróciliśmy na bulwar. Słońce zaczynało już powoli chować się za horyzont, więc usiedliśmy przed restauracją z kolejnym grzańcem w dłoni i patrzyliśmy, jak nad Zatoką Gdańską niebo zmienia kolory. Z każdą minutą robiło się ciemniej, a na horyzoncie zapalały się kolejne światła – pewnie z Trójmiasta, może z portu. Czysta magia.


Wieczór na Helu – cisza, spokój i brak tłumów
Po zachodzie słońca wróciliśmy do apartamentu. Hel jesienią ma w sobie coś, czego brakuje w sezonie – ciszę. Nie słychać głośnych grup turystów, nie ma kolejek do restauracji, a spacer wieczorem po pustych uliczkach jest naprawdę kojący. To był ten moment, kiedy czujesz, że wreszcie zwolniłeś. W mieście ciągle coś goni – tu nagle wszystko się zatrzymuje.
Niedzielny poranek – las, okopy i świeże powietrze
W niedzielę rano, po wymeldowaniu o 11:00, postanowiliśmy jeszcze nie wyjeżdżać. Zamiast tego ruszyliśmy na długi spacer po lesie. Tym razem na pieszo! Szliśmy wąskimi ścieżkami, mijając mchy, wrzosy i stare umocnienia wojskowe. Powietrze pachniało żywicą, a wiatr od morza niósł ze sobą sól i coś, co trudno opisać – taki spokój, który czujesz głęboko w płucach. Dzięki temu, że nie mieliśmy rowerów, mogliśmy skręcać w bardziej zawiłe i piaszczyste tereny co pozwoliło nam iść wzdłuż baaardzo długich okopów i fortykafikacji wojskowych.
To miejsce ma swoją historię. Hel był przecież punktem strategicznym w czasie wojny, a pozostałości bunkrów wciąż przypominają, że nie zawsze było tu tak spokojnie.



Pożegnalny obiad i ostatnia trasa rowerowa
Po spacerze wróciliśmy do Kutra – tego samego, co dzień wcześniej. Tym razem na rybę. „Świeża, prosto z morza” – zapewniał kelner. I rzeczywiście – była genialna. Delikatna, dobrze przyprawiona, po prostu idealna.
Zjedliśmy, wypiliśmy kawę, a że wciąż mieliśmy trochę czasu, wypożyczyliśmy znowu rowery. Tym razem ruszyliśmy w kierunku Juraty – leśną ścieżką rowerową, wśród drzew i mchu. W połowie drogi skręciliśmy w boczną ścieżkę i pojechaliśmy z powrotem do Helu, oddać sprzęt.

Zmęczeni, ale szczęśliwi w końcu wsiedliśmy samochód. Tym razem trasa wydawała się nam jeszcze szybsza. Właśnie o takim spontanicznym i szybkim wypoczynku marzyliśmy.
Hel jesienią – czy warto?
Zdecydowanie tak. To zupełnie inne doświadczenie niż latem. Nie ma tłumów, nie ma korków, nie ma hałasu. Jest za to morze, wiatr, zapach lasu i cisza, która naprawdę działa jak terapia.
Weekend na Helu jesienią to idealna opcja dla tych, którzy lubią aktywny wypoczynek, ale bez presji „zaliczania atrakcji”.
Tu można po prostu być – spacerować, jeździć rowerem, pić grzańca na bulwarze i patrzeć, jak dzień powoli zamienia się w wieczór.



- puste plaże i spokojne ścieżki,
- przepiękne lasy z historią,
- świetna kuchnia w lokalnych restauracjach,
- idealne warunki do jazdy rowerem (ale weźcie rękawiczki!),
- i to uczucie, że świat na chwilę zwolnił.
A może też przeżyliście swoją przygodę i chcecie się podzielić? Dajcie znać i napiszcie do nas!

Arek to pasjonat podróży, urbexu i odkrywania nieznanych miejsc. Uwielbia organizować wyjazdy, zarówno za granicą, jak i w Polsce, szukając przygód i nowych doświadczeń. Jego pasja do wychodzenia ze strefy komfortu pozwala mu poznawać różne kultury i miejsca, które są poza zasięgiem typowych turystów. Każda podróż to dla niego okazja do odkrywania świata i dzielenia się tą pasją z innymi.
