Islandia chodziła mi po głowie od dawna. Wyspa, na której natura gra pierwsze skrzypce, a człowiek czuje się bardziej gościem niż gospodarzem. Kiedy więc kumpel Bartek – fotograf i totalny fan Islandii – rzucił hasło: „Jedziemy, mam ekipę!”, to długo się nie zastanawiałem. Spakowałem plecak, założyłem ciepłą czapkę i ruszyłem w podróż, która na długo zostanie w mojej pamięci.
Dzień 1 – start przygody i islandzka baza wypadowa
Wieczorem wylot z Warszawy do Islandii i nagle… hop, już po czterech godzinach stajemy na islandzkiej ziemi. Lot spokojny, choć w powietrzu czuć było ekscytację, bo leciała z nami kilkunastoosobowa ekipa znajomych i znajomych znajomych – coś na kształt wyjazdowej paczki przyjaciół, z którą już wiesz, że będzie śmiesznie.
Na miejscu szybka akcja – odbiór aut z wypożyczalni i kierunek Stay Iceland Apartments w miejscowości Stokkseyri. Domek klimatyczny, idealny na nocleg po podróży. Zrobiliśmy wspólną kolację, a potem sen, bo kolejny dzień zapowiadał się jak maraton.
Dzień 2 – Złoty Krąg, islandzkie jacuzzi i pokaz pogody w pigułce
Rano śniadanie i w drogę. Nasza flota składała się z Toyoty RAV4 i dziewięcioosobowego, zielonego Renault Traffica, który od razu ochrzczony został mianem „Żaby”. Już sam fakt, że ktoś dobrowolnie chciał nim prowadzić, budził podziw.
Krater Kerið – turkusowe oko Islandii
Pierwszy przystanek to Kerið – krater wulkaniczny o kształcie owalnym i wymiarach, które spokojnie mogłyby pomieścić stadion. W środku lśniło zamarznięte jezioro, wyglądające jak turkusowe oko wbite w czarną ziemię. Widok kosmiczny.

Co ciekawe, naukowcy twierdzą, że krater powstał około 3 tysiące lat temu, czyli wcale nie tak dawno, jak na islandzkie standardy geologiczne. Jezioro wypełnia go wodą deszczową i gruntową, dlatego jego kolor potrafi zmieniać się w zależności od światła – od turkusu, przez głęboką zieleń, aż po ciemny błękit. Krater znajduje się na popularnej trasie Złotego Kręgu, więc to idealny punkt na szybki przystanek i zdjęcia. A lokalna legenda głosi, że w jego wodach mieszkają trolle… więc kto wie, może ktoś z nas siedząc tam na skarpie był obserwowany?
Gullfoss – wodospad, który uczy pokory
Następnie zatrzymaliśmy się przy Gullfoss, wodospadzie o dwóch potężnych kaskadach. Pierwsza ma 11 metrów, druga aż 21. Stojąc obok czułem się jak mrówka – huk wody i jej moc przypomniały, że człowiek na tej wyspie to tylko drobny element w przyrodniczej układance.

W nazwie „Gullfoss” kryje się znaczenie „Złoty Wodospad”. Według jednej z opowieści pewien rolnik, nie mogąc znieść myśli, że jego majątek przejmą inni, wrzucił cały swój złoty skarb w przepaść wodospadu. Od tamtej pory woda mieni się złotymi refleksami, szczególnie przy zachodzie słońca. W XX wieku to miejsce miało nawet paść ofiarą budowy elektrowni wodnej. Dzięki sprzeciwowi lokalnej działaczki Sigriður Tómasdóttir, która ponoć groziła, że rzuci się w wodospad, Gullfoss do dziś możemy podziwiać w naturalnej formie.
Strokkur – gejzer z temperamentem

Potem przyszedł czas na Strokkur, największy czynny gejzer Islandii. Wybucha co kilka minut, wyrzucając słup wody na 30 metrów. Towarzyszył temu charakterystyczny zapach siarki, czyli… gotowanych jajek. Ale emocje, gdy nagle woda strzela w niebo, są nie do podrobienia.
Nazwa „Strokkur” oznacza dosłownie „maślankę” albo „kij do ubijania” – i faktycznie, woda przed erupcją zachowuje się tak, jakby ktoś ją mieszał gigantycznym trzepaczem. Pierwsze erupcje tego gejzeru opisano już w XVII wieku, a przez długi czas pozostawał on uśpiony. Dopiero w XX wieku został „odetkany” przez lokalnych mieszkańców i od tamtej pory wiernie daje spektakle wszystkim turystom. I to jest piękne – tu nie ma opcji, że przyjedziesz i „nic się nie dzieje”. Cierpliwość zawsze zostaje nagrodzona wybuchem.
Islandia a pogoda – miks pogodowy
Podczas przejazdów spotkało nas pełne spektrum pogody – w godzinę mieliśmy deszcz, grad, śnieg, wiatr trzęsący autem i nagle błękitne niebo. Kto mówi, że Islandia ma trudny klimat, chyba nie doświadczył tego wszystkiego naraz!
To wcale nie przesada – Islandczycy żartują, że jeśli nie podoba Ci się pogoda, wystarczy poczekać pięć minut. Kraj leży na styku ciepłego Prądu Zatokowego i zimnych mas powietrza arktycznego, więc kaprysy atmosfery są tutaj normą. W praktyce oznacza to, że na jednej trasie możesz spalić się słońcem, dostać po głowie śniegiem i poczuć się jak podczas jesiennej ulewy – wszystko w ciągu kilkunastu kilometrów. I to jest właśnie Islandia – kraina, w której natura robi pokaz slajdów bez pytania o zgodę.
Reykjadalur – kąpiel w górskim SPA
Wisienką na torcie była wędrówka do Reykjadalur – doliny z gorącym strumieniem. Godzinny marsz wśród parujących źródeł i nagle… naturalne jacuzzi. Rozebraliśmy się do strojów kąpielowych i zanurzyliśmy w gorącej wodzie, podczas gdy dookoła hulał zimny wiatr. Bajka! Problem pojawił się dopiero przy wychodzeniu – zimne trawy i szybkie przebieranie na mrozie sprawiły, że wszyscy zyskaliśmy nieplanowaną integrację.


Sama nazwa „Reykjadalur” oznacza „Dolina Dymów” – i to dokładnie oddaje klimat tego miejsca. Para wodna unosi się tu niemal z każdego zakamarka, a bulgoczące źródełka przypominają, że ziemia pod stopami jest wciąż żywa. Szlak do gorącej rzeki to jedna z najbardziej lubianych tras w okolicy Reykjaviku, choć w sezonie letnim potrafi być tłoczno. W kwietniu mieliśmy ten luksus, że nie było tłumów – i mogliśmy poczuć, jak to jest siedzieć w naturze, która sama przygotowała nam SPA z widokiem na góry. Żadne 5-gwiazdkowe hotele nie mają podejścia.
Dzień 3 – lodowce, plaże i foki na krze
Diamond Beach – mniej Instagrama, więcej Islandii


Rano ruszyliśmy na Diamond Beach. Na zdjęciach z Instagrama plaża bywa pełna lodowych brył błyszczących w słońcu niczym diamenty, ale my trafiliśmy na jej skromniejszą odsłonę – kilka lodowych kryształów rozsypanych po czarnym piasku. I wiecie co? Wcale nie czuliśmy rozczarowania. Ten kontrast – białe i niebieskie bryły lodu leżące na czarnej wulkanicznej ziemi – wyglądał jak ręcznie przygotowana wystawa sztuki współczesnej, tylko że kuratorem była sama natura.




Największym hitem i tak okazała się sąsiednia Laguna lodowcowa Jökulsárlón. To jedno z tych miejsc, które wyglądają jak wyrwane z filmu fantasy: turkusowa tafla wody, pływające kry lodowcowe, majestatyczne góry w tle i foki wygrzewające się leniwie na lodowych krach. Co ciekawe, ta laguna istnieje dopiero od około stu lat – wcześniej przykrywał ją sam lodowiec Vatnajökull. Topniejący lód odsłonił jezioro, które dziś jest jedną z najpiękniejszych wizytówek Islandii. Wiele scen z hollywoodzkich produkcji kręcono właśnie tutaj, m.in. w filmach o Jamesie Bondzie.
Svinafellsjökull – spacer po lodowcu
Kolejny punkt to Svinafellsjökull, lodowiec, którego nie da się opisać jednym zdaniem. Ogromny jęzor lodowy w kolorze głębokiego błękitu, przecięty czarnymi pasmami popiołu, wyglądał jak dzieło sztuki, w którym ktoś połączył farby na płótnie, tworząc niepowtarzalny wzór. Te ciemne smugi to pozostałości po erupcjach wulkanów, które przez wieki mieszały się z lodem.

Chodziliśmy po jego powierzchni, kręciliśmy filmy dronem i czułem się, jakbym cofnął się o tysiące lat. To nie przypadek, że Svinafellsjökull nazywany jest „Hollywood Glacier” – nakręcono tu sceny m.in. do filmu „Interstellar”.
Yoda Cave i Reynisfjara – Islandia filmowa
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy Yoda Cave. Jaskinia w ogromnej 221-metrowej skale faktycznie kształtem przypomina głowę mistrza Yody. Dla fanów „Gwiezdnych wojen” to punkt obowiązkowy, bo kręcono tu jedną ze scen z filmu „Rogue One”. Dla mnie to raczej ciekawostka i szybka fotka do kolekcji.




Ale chwilę później dotarliśmy do miejsca, które absolutnie wgniotło nas w ziemię – Reynisfjara, słynna czarna plaża. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych krajobrazów Islandii i jedno z tych miejsc, gdzie naprawdę musisz zatrzymać się na dłużej. Czarny piasek, bazaltowe klify i monumentalne kolumny Reynisdrangar wyrastające z wody sprawiają, że krajobraz wygląda jak sceneria do filmu fantasy. Według islandzkich legend te bazaltowe słupy to tak naprawdę trolle, które próbowały wyciągnąć ze statku ciężkie kamienie, ale nie zdążyły przed wschodem słońca i zamieniły się w skały.
Warto pamiętać, że Reynisfjara to nie tylko piękno, ale i zagrożenie. Zdradliwe fale zwane sneaker waves pojawiają się znienacka i potrafią wciągnąć człowieka do oceanu. Widzieliśmy turystę, który podszedł za blisko i tylko dzięki szczęściu nie skończył w wodzie. To przypomnienie, że Islandia to miejsce, gdzie natura zawsze ma ostatnie słowo.
Dzień 4 – wodospady, hobbickie klimaty i spacery po pękniętej ziemi
Tego dnia wróciliśmy jeszcze na Reynisfjarę, żeby spokojnie nacieszyć się miejscem. Potem Skógafoss – potężny, klasyczny wodospad, przy którym czujesz się jak w baśni. Zaraz obok ukryty Kvernufoss, do którego prowadzi 20-minutowa ścieżka w klimacie „Władcy Pierścieni”. Było bardziej kameralnie, a przez to jeszcze bardziej magicznie.

Na koniec dnia odwiedziliśmy Park Narodowy Þingvellir. To miejsce wyjątkowe, bo leży dokładnie na styku płyt tektonicznych – euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej. Spacer pośród szczelin i krystalicznie czystej wody to trochę jak chodzenie po granicy dwóch światów.
Dzień 5 – Reykjavik i smakołyki dla odważnych
W ostatni dzień na Islandii zwolniliśmy tempo i ruszyliśmy na podbój Reykjaviku. Był kościół Hallgrímskirkja górujący nad miastem, futurystyczna Harpa – Centrum Koncertowe, stary port i spacery po klimatycznych uliczkach. Kupiliśmy pamiątki, a kilku śmiałków z ekipy spróbowało słynnego fermentowanego rekina, popijając go wódką. Ja akurat odpuściłem – wolałem wrócić bez traumy smakowej.

Wieczorem lot powrotny do Warszawy z Reykjaviku i tym samym koniec naszej islandzkiej przygody.
Podsumowanie – Islandia to detoks dla głowy
Islandia to miejsce, które naprawdę potrafi wyłączyć z codziennego pędu. Brak wielkich billboardów, brak chaosu miasta i natłoku bodźców – zamiast tego natura w najczystszej postaci. Gdziekolwiek się ruszysz, otaczają Cię potężne wodospady, majestatyczne lodowce, gorące źródła ukryte w górach, czarne plaże przypominające scenerię z filmu fantasy i bezkresne przestrzenie, które pozwalają odetchnąć pełną piersią. To właśnie dlatego mówi się, że podróż na Islandię to najlepsza forma „detoksu dla głowy”.
4 dni na Islandii — czy to wystarczy?
Moim zdaniem cztery dni to zdecydowanie za mało, by odkryć wszystkie atrakcje Islandii, ale wystarczająco dużo, żeby się w niej zakochać. Nie zobaczyliśmy zorzy polarnej ani maskonurów, nie trafiliśmy też na erupcję wulkanu, a mimo to każdy dzień był wypełniony zachwytami. Już sam fakt, że w kwietniu pogoda potrafiła nas zaskoczyć – raz chodziliśmy w grubych kurtkach, a innym razem wystarczała bluza – dodawał przygodzie smaku.
Islandia w 4 dni to intensywny wypad, ale właśnie taki sprawia, że doceniasz każdy moment. Kiedy stoisz pod Gullfossem i czujesz moc wodospadu, gdy siedzisz w gorącym strumieniu Reykjadalur patrząc na parującą dolinę, albo gdy spacerujesz po czarnej plaży Reynisfjara, wiesz, że jesteś w miejscu, które zostanie w sercu na zawsze.
Wiem jedno – na Islandię wrócę. Chciałbym zobaczyć zorzę polarną, spotkać maskonury na klifach i sprawdzić, jak wygląda lato na tej niezwykłej wyspie. Ale już teraz mogę śmiało powiedzieć, że jeśli zastanawiasz się, co zobaczyć na Islandii w kwietniu, to właśnie takie miejsca jak krater Kerið, Laguna lodowcowa Jökulsárlón, lodowiec Svinafellsjökull czy gorące źródła w Reykjadalur pokażą Ci jej najlepsze oblicze.
Islandia to nie jest kraj, który „odhaczysz” na liście podróży. To kierunek, do którego chce się wracać. Bo to nie tylko krajobrazy – to doświadczenie, które uspokaja głowę, zachwyca zmysły i daje poczucie kontaktu z czymś większym niż my sami.
Jeśli planujesz wyjazd na Islandie, ale nie wiesz od czego zacząć to napisz do nas. Polecamy!

Mateusz – tata 5-letniej Oli, entuzjasta kultury hip-hop oraz podróżowania.
