5 dni w Zadarze w Czerwcu na własną rękę – city break dla dwojga (nasza relacja)

Morze w Chorwacji - pogoda w czerwcu

Czasem człowiek naprawdę musi uciec. Od codziennych obowiązków, przewidywalnych rytuałów, złej pogody i wszystkiego, co wprowadza w tryb autopilota. My z żoną dokładnie to poczuliśmy – pracując intensywnie od kilku miesięcy, przy ciągłym deszczu i wietrze za oknem, z coraz mniejszą przestrzenią dla siebie. Marzyliśmy o chwili spokoju, gdzieś, gdzie słońce świeci mocniej niż ekran laptopa, a zamiast powiadomień w telefonie słychać szum morza.

I jak to często bywa – decyzja zapadła spontanicznie. Nie planowaliśmy tego z dużym wyprzedzeniem, po prostu pewnego wieczoru powiedzieliśmy sobie: „Zróbmy to teraz, póki babcia zgodziła się zająć naszą córką”. Ta jedna zgoda otworzyła nam drzwi do pięciu dni prawdziwego, niczym niezakłóconego odpoczynku tylko we dwoje. Bez pakowania zabawek, bez planowania posiłków dla dziecka. Tylko my — Para, która kiedyś zaczęła podróżować razem, zanim jeszcze została rodziną.

Czerwiec w Chorwacji okazał się strzałem w dziesiątkę. Pogoda w Chorwacji w Czerwcu jest już niemal gwarantowana – słońce, ciepłe wieczory i kąpielówki w walizce zamiast parasola. A co równie ważne – to jeszcze nie pełnia sezonu turystycznego, więc w Zadarze nie było tłoku, który zazwyczaj odstrasza nas od popularnych miejsc. Szybkie wyszukiwanie lotów i… bingo – tanie bilety z Poznania do Zadaru. Dzięki tej oszczędności mogliśmy sobie pozwolić na odrobinę więcej przyjemności na miejscu: lepszy apartament, kolacje bez patrzenia na ceny w Chorwacji takie jak menu i rejsy, które zwykle rozważamy z kalkulatorem w ręce. To miała być mała ucieczka. I dokładnie nią była – pełna słońca, smaków, zapachów i wspólnego czasu, którego ostatnio tak bardzo nam brakowało.

Port Zadar - wyjazd na własną rękę

Pierwsze wrażenia w Zadarze i wieczór w starym mieście – Dzień 1 

Po niecałych dwóch godzinach lotu z Poznania do Chorwacji znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Już przy wyjściu z samolotu uderzyło nas to przyjemne, suche ciepło, którego tak bardzo brakowało ostatnio w Polsce. Szybka odprawa, krótki transfer z lotniska i po niespełna pół godzinie staliśmy na starym kamiennym placu w samym sercu Zadaru – z bagażem w jednej ręce i uczuciem ekscytacji w drugiej.

Zamieszkaliśmy w niewielkim apartamencie w jednej z bocznych uliczek starego miasta. I od razu trzeba przyznać – to była doskonała decyzja. Choć ceny w centrum Zadaru są wyraźnie wyższe niż na obrzeżach, to klimat, który daje bliskość wszystkiego – zabytków, restauracji, nabrzeża – jest absolutnie bezcenny. Nasz apartament znajdował się w starej kamienicy, z balkonikiem wychodzącym na brukowaną uliczkę i widokiem na kolorowe dachy. W środku surowo, ale klimatycznie – kamienne ściany, delikatny chłód i zapach lawendy z woreczka zawieszonego przy drzwiach.

Pierwszy spacer po Zadarze to było coś więcej niż tylko rekonesans. To była czysta radość odkrywania. Stare miasto okazało się plątaniną wąskich, kamiennych uliczek, które same prowadzą – raz w stronę morza, raz w stronę małych placyków wypełnionych stolikami, winem i śmiechem. Mimo że wszystko wydawało się blisko, nie mogliśmy przestać się gubić – ale to była ta przyjemna forma zagubienia, której właśnie szukaliśmy.

Zaskoczyła nas różnorodność lokali – od nowoczesnych koktajl barów z muzyką na żywo, przez domowe konoby z owocami morza i pieczonymi warzywami, aż po niepozorne kawiarnie serwujące tylko espresso i rakiję. Tego wieczoru wybraliśmy knajpkę zupełnie przypadkowo – z zewnątrz niepozorna, ale przy stolikach pełno miejscowych. A to zwykle najlepszy znak. Zamówiliśmy grillowaną ośmiornicę, sałatkę z rukolą i figami, do tego kieliszek lokalnego białego wina. I wtedy przyszedł ten moment – spojrzeliśmy na siebie i pomyśleliśmy: właśnie po to tu przyjechaliśmy.

Po kolacji przeszliśmy się jeszcze w stronę nabrzeża. Miasto zaczynało cichnąć, niebo ciemniało, a morze odbijało ostatnie pomarańczowe światło. Na ławkach zakochani, turyści z kieliszkami wina, a gdzieś w tle – dźwięki gitary z pobliskiego baru. Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego początku tej podróży.

Zabytki Zadaru i zachód słońca z muzyką morza – Dzień 2 

Obudziliśmy się wcześnie, mimo że nie musieliśmy. Ciepłe światło wlewało się przez okiennice, a z zewnątrz dochodziły pierwsze dźwięki miasta: stukot obcasów na kamieniu, skrzypienie sklepowych rolet, gwar rozmów w lokalnym dialekcie. Zjedliśmy lekkie śniadanie – jogurt z figami kupionymi dzień wcześniej i mocne espresso – i ruszyliśmy przed siebie, gotowi na eksplorację.

Zadar to miasto, które zaskakuje od pierwszego kroku. Nie przytłacza swoją wielkością, ale na każdym kroku kryje coś ciekawego. Spacerując bez mapy, dosłownie potykasz się o historię. Przeszliśmy kilka uliczek i nagle stanęliśmy na szerokim, słonecznym placu – a tam, w całej okazałości, Kościół św. Donata. Ogromna rotunda z IX wieku wygląda jak wyjęta z innego świata. Prosta, masywna, z surową fasadą i niezwykłą akustyką w środku. Wrażenie robi nie tylko jej forma, ale i to, jak naturalnie wpisuje się w otaczające ją Forum Romanum – pozostałości starożytnych kolumn i ruin, które leżą sobie zupełnie swobodnie między turystami, kotami i dzieciakami na rowerach.

Zatrzymaliśmy się na chwilę przy katedrze św. Anastazji, największym kościele Dalmacji. Weszliśmy do środka – chłód, cisza, zapach kadzidła. Potem wdrapaliśmy się na dzwonnicę. Widok z góry był wart każdego kroku – czerwone dachy, błękit Adriatyku i wzgórza na horyzoncie. Z góry Zadar wydawał się jeszcze bardziej uporządkowany, choć w tym mieście chaos i porządek idą w parze.

Po południu przysiedliśmy w jednej z kawiarni na obrzeżach starego miasta. Z dala od głównego turystycznego szlaku, trafiliśmy na miejsce, gdzie kelnerzy znali stałych bywalców po imieniu, a kawa smakowała jak gdzieś na włoskiej prowincji. Tego dnia pozwoliliśmy sobie na leniwe tempo – zamiast odhaczania kolejnych atrakcji, chłonęliśmy atmosferę.

Na wieczór zostawiliśmy to, co w Zadarze najpiękniejszespacer na skraj półwyspu, gdzie spotykają się dwa arcydzieła: morze i człowiek. Najpierw usiedliśmy przy Organach Morskich – niezwykłej instalacji, która za pomocą fal i systemu rur gra dźwięki. Czasem harmonijne, czasem zupełnie przypadkowe, ale zawsze hipnotyzujące. Siedzieliśmy tam dłuższą chwilę, w milczeniu, słuchając tego podwodnego koncertu.

Zaraz obok – „Pozdrowienie Słońca”, czyli szklana płyta z wbudowanymi panelami słonecznymi, która po zmroku zamienia się w interaktywny park świetlny. Tuż przed zachodem zebrał się tłum – wszyscy wpatrzeni w horyzont, czekający na ostatnie promienie dnia. I rzeczywiście – zachód słońca w Zadarze to coś więcej niż codzienne zjawisko. To niemal rytuał. Niebo mieniło się czerwienią, złotem i fioletem, a morze – jakby wiedząc, że ma być idealne – odbijało każdy odcień.

CZYTAJ TAKŻE  Tanie wakacje w Chorwacji – Jak zaplanować niedrogą podróż?

Wróciliśmy do apartamentu powoli, nieśpiesznie, z uczuciem przyjemnego zmęczenia i zachwytu. Drugi dzień, a już mieliśmy wrażenie, jakbyśmy tu byli od tygodnia. I chcieli zostać dłużej.

Jeziora Plitwickie – bajkowy świat w środku Chorwacji  – Dzień 3 

Ten dzień rozpoczął się wcześniej niż poprzednie – jeszcze przed siódmą byliśmy na nogach, bo czekała nas całodniowa wycieczka do miejsca, które wielokrotnie pojawiało się na zdjęciach z hasztagiem „paradise” i „must-see”: Plitwickie Jeziora.

Jeziora Plitwickie Chorwacja w Czerwcu

Trasa z Zadaru do Parku Narodowego to około 1,5–2 godziny jazdy samochodem przez górzysty, zielony krajobraz. Już sama podróż była przyjemna – mijaliśmy urokliwe wioski, porozrzucane wśród wzgórz domki i sady, a z każdym kilometrem robiło się chłodniej, świeżej i bardziej… dziko.

Po przyjeździe, mimo że to dopiero czerwiec, na parkingu stało już sporo aut i autokarów – ale teren parku jest na tyle rozległy, że nie czuliśmy tłoku. Od razu po wejściu wpadliśmy w inny świat. Świat, który z każdym krokiem stawał się bardziej nierealny.

Woda w odcieniach szmaragdu i turkusu, tak czysta, że widzieliśmy każdy liść, każdą rybkę. Wokół bujna roślinność, kwitnące dzikie kwiaty, a nad głowami… cisza. Albo raczej szum wodospadów i śpiew ptaków, który był jedynym „hałasem” tego dnia.

Spacerowaliśmy przez kilka godzin po drewnianych kładkach i ścieżkach, wciąż nie mogąc się nadziwić. Co chwilę zatrzymywaliśmy się tylko po to, by robić zdjęcia – ale prawda jest taka, że żadne z nich nie oddaje w pełni tego, co tam się czuje.

To miejsce ma w sobie coś mistycznego. W pewnym momencie przestaliśmy rozmawiać – każde z nas w ciszy chłonęło piękno natury. Nie musieliśmy nic mówić. Po prostu tam byliśmy. Razem.

Po powrocie do Zadaru byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Zmęczeni w ten dobry sposób – jak po całym dniu w górach, na świeżym powietrzu, z sercem przepełnionym zachwytem. Zasypialiśmy wcześnie, z obrazem błękitnych wodospadów pod powiekami.

Rejs do Kornati i Telašćicy – Chorwacja z perspektywy morza – Dzień 4 

Po magicznej wyprawie w głąb lądu przyszedł czas na odkrycie drugiego oblicza Chorwacji – tej morskiej, skalistej i nieco dzikiej. W porcie w Zadarze czekał na nas nieduży statek wycieczkowy, który miał zabrać nas na całodzienną wyprawę po Parku Narodowym Kornati i rezerwacie przyrody Telašćica.

Z samego rana słońce było już wysoko i zapowiadało się upalnie. Zaopatrzeni w krem z filtrem, kapelusze i dużo wody, zajęliśmy miejsca na górnym pokładzie – skąd rozpościerał się doskonały widok na Adriatyk. Rejs rozpoczął się leniwie – jednostajny szum silnika, wiatr we włosach, zapach soli w powietrzu.

Po około godzinie wypłynęliśmy poza linię brzegową Zadaru i wkroczyliśmy w zupełnie inny krajobraz: skaliste wysepki Kornati, dzikie, niemal bezludne, porozrzucane niczym okruchy wśród błękitu. Niektóre były całkowicie nagie, inne porośnięte niską zielenią, wszystkie – niezwykle malownicze.

Pierwszy przystanek po kilku godzinach to zatoczka przy jednej z wysp w parku Telašćica. Zeszliśmy na ląd, by pospacerować i popływać. Woda miała temperaturę zbliżoną do termalnej – idealna do wskoczenia bez wahania. Plaża była oczywiście kamienista – warto zabrać buty do wody, bo nie chodzi się tam po piasku, tylko po żwirze i ostrych krawędziach skał. Ale coś za coś – w zamian za niewygodę dostaje się czystość wody tak niesamowitą, że można liczyć kamienie na dnie.

Obserwowaliśmy ryby, zbieraliśmy muszle, odpoczywaliśmy w cieniu skał. Obiad w formie rybnej przekąski zaserwowany na pokładzie był prosty, ale smaczny – wszystko smakuje lepiej, gdy je się to na morzu.

Popołudnie spędziliśmy na leniwym powrocie, przystankach na kąpiele i robieniu zdjęć, które z pewnością trafią na ścianę w domu.

Zadar na własną rękę dla pary

Tego dnia Zadar przywitał nas wieczorem z powrotem jak stary znajomy. Trochę zmęczeni słońcem i morskim powietrzem, usiedliśmy jeszcze na chwilę przy nabrzeżu, żeby odetchnąć i nacieszyć się tym stanem, w którym wszystko jest dobrze. Nic nie trzeba. Nigdzie się nie spieszymy. Jesteśmy tu i teraz.

Ostatni dzień, słona woda i powolne pożegnanie – Dzień 5 

Piąty dzień przywitał nas spokojem. Byliśmy już nasyceni widokami, smakami i doświadczeniami, więc nie czuliśmy potrzeby robić czegokolwiek „na siłę”. Zjedliśmy śniadanie na balkonie – świeża chałka z lokalnej piekarni, dojrzewające pomidory i oliwki z rynku, kawa z kafeterii. Chcieliśmy zapamiętać ten poranek w najprostszy możliwy sposób – przez zmysły.

Zdecydowaliśmy się na kilka godzin odpoczynku nad wodą. W Zadarze nie ma szerokich, piaszczystych plaż – większość to kamieniste zejścia lub betonowe platformy do opalania, ale mają coś innego – niesamowicie słoną wodę, o wysokiej wyporności. Dzięki temu nawet mniej pewni pływacy, tacy jak ja, czują się w wodzie bezpieczniej. To idealne miejsce, by po prostu dać się ponieść – unosić się na plecach i patrzeć w niebo, słuchając z oddali rozmów i śmiechu ludzi.

Plaża, którą wybraliśmy, nie była szczególnie urokliwa – kilka sosen, betonowe zejście i schodki do wody – ale miała jedną ogromną zaletę: była blisko i… prawdziwa. Zamiast turystów w kapeluszach – lokalni mieszkańcy, którzy przychodzili tu codziennie. Obok nas starszy pan czytał gazetę w cieniu drzewa, po drugiej stronie dwie dziewczyny rozmawiały, mocząc nogi w wodzie.

Po południu wróciliśmy do centrum, żeby jeszcze raz przejść się po znajomych uliczkach, ostatni raz wypić kawę w ulubionej kawiarni, kupić kilka drobnych pamiątek. Dla siebie, dla babci, dla córki – magnes, mała buteleczka oliwy i figurka osiołka zrobiona z lawendy. Wieczorem znów usiedliśmy nad wodą – w tym samym miejscu, gdzie słuchaliśmy organów morskich. Tym razem nie było już oczekiwania – był spokój i wdzięczność. Za te kilka dni tylko dla siebie. Za słońce. Za smak grillowanej ośmiornicy. Za to, że się udało.

Zadar - zabytki, atrakcje, spacer

 

Czy warto spędzić 5 dni w Zadarze?

Zdecydowanie tak. Zadar to miasto, które nie krzyczy, nie narzuca się, ale spokojnie pokazuje swoje atuty. Ma wszystko, co potrzebne do krótkiego, ale intensywnego wypoczynku: historię, morze, dobrą kuchnię i świetne połączenia z innymi atrakcjami regionu.

W ciągu pięciu dni zobaczyliśmy i przeżyliśmy więcej niż w niejednym dwutygodniowym urlopie. A co najważniejsze – mieliśmy czas tylko dla siebie. Bez pośpiechu, bez planu na każdą godzinę, bez przymusu. To była podróż, w której najważniejsze nie było „gdzie”, ale „jak”.

 

Dodaj komentarz